FotoExploracje  Lębork dokumentacja fotograficzna opuszczonych miejsc i cmentarzy

Tajemnica grobowca rodu von Fahrenheit [Rapa, woj. warmińsko-mazurskie]

Jednym z bardziej niezwykłych obiektów, który można zobaczyć w północnej części Mazur, jest grobowiec pruskiej rodziny von Fahrenheid,
popularnie zwany “piramidą w Rapie”. Grobowiec jest wysoki na blisko 16m, jego podstawa ma kształt kwadratu o boku 10m. Zbudowano go z polnego kamienia wykończonego czerwoną cegłą. W środku spoczywa kilku członków rodziny von Farenheid, pochowanych tam w pierwszej połowie XIX wieku. Podczas I i II Wojny Światowej grobowiec został zdewastowany przez Rosjan. Obecnie jest częściowo zabezpieczony (zamurowane drzwi, kraty w oknach) ale chroni to go jedynie przed wandalami – w oknach nie ma szyb, trumny w środku są rozbite odsłaniając przygnębiający widok nagich szkieletów, niszczejących od wilgoci i wahań pogody.
Baron von Fahrenheit był ponoć najbogatszym człowiekiem Prus Wschodnich.
Ludzie mówili, że jadąc tylko przez swoje wło­ści mógł dotrzeć z
rodzinnego pałacu wprost do Królewca. Sam baron i owszem, w Królewcu
bywał. Na tamtejszym uniwersytecie słuchał nawet wykładów wielkiego
filozofa Immanuela Kanta. Ale podróżnicza pasja zawiodła go znacznie
dalej. Kiedy więc umarła mu córka, postano­wił jej kupić
nieśmiertelność. I zbudował na Rysich Bagnach piramidę. A może było
zupełnie inaczej?
W Rapie kończy się Polska. Niespełna dwa kilometry dalej biegnie granica
z Rosją. Wieś ma stary dwór, 140 mieszkańców i swoją tajemnicę.
Wystarczy zboczyć z drogi w las i nagle człowiek ląduje w innej
rzeczywistości. Powietrze nasycone wilgocią z okolicznych bagien stoi
niemal nieruchomo, cisza wwierca się w uszy, a przed oczami wyrasta
kamienna piramida. Podobno w miejscu tym koncentruje się potężna energia
płynąca z wnętrza ziemi, zaś promieniowanie sprawia, że giną owady i
drobne zwierzęta. Przez dziesięciolecia wokół budowli narosło sporo
legend, opo­wieści i najbardziej fantastycznych teorii. Trudno się
dziwić: już sam jej widok pobudza wyobraźnię.
Von Fahrenheit zjeździł niemal całą zachodnią Europę, zaś z kolejnych
wypraw zwoził rzeźby, szkice, obrazy. Lista ich autorów może przyprawić o zawrót głowy. Byli na niej Tycjan, Rafael, Leonardo da Vinci, Rubens i
wielu, wielu innych. W Paryżu baron zetknął się z pozostałościami
kultury starożytnego Egiptu i szybko stracił dla nich głowę. Wkrótce
zgromadził pokaźną kolekcję starożytnych eksponatów i ich replik. – To
właśnie z tej fascynacji zrodził się pomysł, by w należącej do
Fahrenheitów Rapie postawić piramidę na wzór tych, które zobaczyć można w egipskiej Gizie – tłumaczy Mariusz Kimszal, kierujący Nadleśnictwem Czerwony Dwór, które opiekuje się niezwykłą budowlą.
Budowa piramidy najpewniej wiąże się z rodzinną tragedią. W 1811 roku trzyletnia córka von Fahrenheita, Ninette zmarła na szkarlatynę. Baron postanowił kupić jej nieśmiertelność. Oczywiście nie dosłownie. Na terenie swojej posiadłości nakazał wznieść kamienny grobowiec, który proporcjami odpowiadał piramidzie Cheopsa. Panujący wewnątrz specyficzny
mikroklimat miał sprawić, że ciało dziewczynki ulegnie mumifikacji i na
wieki przetrwa w nienaruszonej formie.
Przygotowanie projektu budowli powierzył nie byle komu. Zajął się tym
światowej sławy duński rzeźbiarz Bertel Thorvaldsen. Dziś artysta ten
znany jest między innymi jako autor stojących w Warszawie pomników
Mikołaja Kopernika i ks. Józefa Poniatowskiego, rzymskiego grobowca
papieża Piusa VII, a także monumentu, który przedstawia elektora
bawarskiego Maksymiliana I.
W ciągu blisko 40 lat w grobowcu pochowanych zostało siedmiu członków rodu von Fahrenheit. W 1849 roku spoczął tam sam baron. – Wszystkie złożone w piramidzie ciała uległy mumifikacji – podkreśla Kimszal. Potem budowla z wolna zaczęła popadać w zapomnienie. W tym czasie von Fahrenheitowie byli już po przenosinach z Angerapp do pobliskich Klein Beynuhnen (dziś Bejnuny na terenie obwodu kaliningradzkiego). Pod koniec XIX wieku sprzedali majątek i wyprowadzili się. Podczas pierwszej i drugiej wojny światowej grobowiec był plądrowany przez Rosjan, którzy zapewne poszukiwali w nim skarbów.
Do jego dewastacji przyczyniali się też okoliczni mieszkańcy. – Niestety przez długi czas było tak, że jeśli ktoś sobie o budowli przypomniał, z reguły nie wychodziło jej to na dobre – przyznaje Leszek Godzieba, kierownik ełckiej delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Olsztynie.
Pewnego dnia o pogrążającej się w leśnych ostępach budowli mieli sobie
przypomnieć miejscowi chłopi. Od tygodni zmagali się oni z tajemniczą
chorobą, która dotknęła należące do nich bydło. Zwierzęta padały jedno
po drugim, a gospodarze zachodzili w głowę, gdzie tkwi przyczyna
katastrofy. W końcu ktoś rzucił, że wszystkiemu winni są Fahrenheitowie.
Nocą powstają z grobu, wędrują po okolicy i wysysają z bydła krew.
Ludzie to podchwycili i poszli do piramidy. Dostali się do środka,
otwarli trumny, a zmumifikowanym ciałom poobcinali głowy. W ten sposób
zmarli mieli wreszcie zaznać wiecznego spokoju, a okoliczni mieszkańcy
odetchnąć z ulgą.
W tej historii pewne wydaje się tylko jedno – spoczywające w grobowcu
ciała ktoś kiedyś okaleczył. Tymczasem związanych z piramidą legend jest
znacznie więcej. Najstarsze dotyczą samego jej powstania. Niektórzy
twierdzą, że choroba córki barona nie była przypadkowa. Dziewczynka
miała zaniemóc po tym, jak dotknęła złotego posążku egipskiego boga
Anubisa, który znajdował się w kolekcji von Fahrenheita. Inni utrzymują,
że piramida wcale nie została zbudowana z myślą o małej Ninette. A
przynajmniej nie tylko dla niej. Na początku XIX stulecia rodziną von
Fahrenheitów wstrząsnął mezalians. Najstarszy z synów barona miał się
zakochać w córce kupca z Królewca. Część rodziny przełknęła gorzką
pigułkę i zaakceptowała związek, część jednak twardo powtarzała „nie”.
Młody von Fahrenheit postanowił ich zaprosić na obiad i uśmiercić
trującymi grzybami. Ale feralny posiłek przez pomyłkę podano dzień
wcześniej. Efekt: śmierć siedmiu bliskich. Zły los oszczędził samego
barona von Fahrenheita, bo kiedy podawano obiad był w podróży. Kiedy
wrócił do domu, zastał siedem ciał. I to właśnie dla ofiar tej tragedii
miał zbudować piramidę.
Potem okolicą raz po raz wstrząsały opowieści o klątwie Fahrenheitów.
Ponoć każdy, kto odważył się wejść do grobowca, umierał potem w męczarniach. Po latach naukowcy pobrali ze zmumifikowanych zwłok próbki i zbadali je. W szczątkach ponoć wykryli substancje, które zwiększają
ryzyko zachorowania na raka.
W niezwykłą moc samej budowli wierzą też zwolennicy radiestezji i
geomancji, czyli teorii związanej z promieniowaniem Ziemi oraz Kosmosu.
Według nich piramida została zbudowana w miejscu przecięcia kilku linii
energetycznych o potężnej mocy. Na tym niezwykłym szlaku leżeć ma między innymi Wilczy Szaniec – dawna kwatera przywódcy III Rzeszy Adolfa Hitlera.

Grobowiec rodu von Fahrenheit w całej okazałości

Tak więc piramida von Fahrenheitów nie przestaje zadziwiać. Niedawno budowla zyskała nowe życie. – Została wpisana na listę zabytków i poddana remontowi – wspomina Godzieba. Przede wszystkim uporządkowano wnętrze grobowca. Porozrzucane przez wandali zwłoki, na powrót trafiły do trumien, zaś prowadzące do wnętrza drzwi zostały zamurowane. Dziś do piramidy można zajrzeć jedynie przez zakratowane okienko. Ekipy remontowe odnowiły okapy i podmurówki. – Z myślą o turystach zrobiliśmy nawet kawałek drogi – wyjaśnia nadleśniczy Kimszal. Na razie zwiedzających nie ma przesadnie wielu. Ale, jak przyznają sami mieszkańcy, ich liczba z każdym rokiem rośnie. I nic dziwnego. – To miejsce naprawdę warto zobaczyć – podsumowuje Godzieba.

* Na podstawie książki Stanisława Siemińskiego „Święta Lipka, Wilczy Szaniec i Mazury Północne”